Robię wszystko, by poród jak najmniej bolał

Robię wszystko, by poród jak najmniej bolał

Rodzące mówią o niej „anioł”, choć na sali porodowej ona z nikim się nie cacka. Na porodówce jest jak twardy dowódca. Ale zawsze o ogromnym, gołębim sercu. Może dlatego, że sama jest jak ptak. Rajski, kolorowy... Poznajcie Ewę Klik – położną, z którą miałam wielkie szczęście urodzić syna.

Ewa, ile porodów przyjęłaś?
Dużo (śmiech). Straciłam rachubę. Ale gdybym miała sprowadzić bilans do konkretnej liczby, to myślę, że w zaokrągleniu będą to trzy tysiące.

Imponujący wynik! I pamiętasz każdy?
Nieeee! Chyba byłoby to niemożliwe. Ale zapadają mi w pamięci szczególne porody. A raczej wyjątkowe historie kobiet, które do mnie trafiają na porodówkę.

Opowiedz jedną z takich historii…
To było jedno z pierwszych dzieci, jakie przyjęłam na świat. Miałam 23 lata. A ona – rodząca, którą mam na myśli – miała może 21. To była zima, powiatowy szpital. Zupełnie inaczej wyglądały wówczas porodówki: jedna sala i trzy rodzące koło siebie, nawet nieodgrodzone parawanami. Dlaczego moją uwagę zwróciła tamta dziewczyna? Bo choć była najmłodszą rodzącą na sali, to z największą pokorą znosiła ból. Nie było wtedy znieczulenia zewnątrzoponowego. Bliscy nie mieli wstępu na porodówkę. Kobiety rodziły tylko w obecności personelu. Ona bardzo cierpiała. Robiłam wszystko, co było w mojej mocy, żeby przynieść jej ulgę. Urodził się zdrowy chłopiec, Wojtuś. Ale sytuacja, która chwyciła mnie za serce, wydarzyła się po wszystkim. Otóż… Położyłam jej na piersi tego małego człowieka… A ona ze łzami w oczach powiedziała: „Mam nadzieję, że tatuś patrzy teraz na ciebie z nieba”.

Co takiego się wydarzyło?
Okazało się, że ta młoda matka straciła narzeczonego w wypadku. Kilka dni przed ślubem. Sama była półsierotą. Jej mama wcześnie zmarła na raka piersi. Dziewczyna pochodziła z ubogiej rodziny, podczas gdy jej chłopak urodził się w bardzo bogatej, wysoko postawionej. Związek takich ludzi, jeszcze w tamtych czasach i na prowincji, był jak mezalians. Jego rodzice nie zgadzali się na ich ślub. Wyrzekli się chłopaka… Wtedy po porodzie kobiety długo w szpitalach leżały. To nie były pobyty dwudniowe. Matki leżały do zdjęcia szwów, a więc około tygodnia. W którymś momencie pobytu tej dziewczyny, kiedy akurat miałam dyżur, wpada na oddział dama w futrze z norek oraz elegant w kaszmirowym płaszczu i kapeluszu. I dopytują o nią. Ja już się domyśliłam, że to byli rodzice zmarłego chłopaka. Akurat była pora karmienia, matkom przyniesione zostały maluchy. Byłam bardzo ciekawa, co się wydarzy. Tego, czego byłam świadkiem, nigdy nie zapomnę. Usłyszałam jeden wielki szloch niedoszłej teściowej. Ona klęknęła przed tą dziewczyną, błagając ją o wybaczenie. Pamiętam, jak złożyła obietnicę na głos, że niczego im nie zabraknie.

Znasz dalsze losy Wojtka i jego mamy?
Nie. Ale często ich wspominam. Zastanawiam się wtedy, jak im się poukładało życie.

Historia z happy endem. Ale sala porodowa – choć kojarzy się z cudem narodzin – to niekiedy niestety też rozpacz i łzy nieodwracalnej straty. Przypuszczam, że zdarzyło ci się nie raz zmierzyć i z takimi historiami?
Tak, to są najtrudniejsze momenty mojej pracy. Kiedy wiem, że będę musiała przyjąć dziecko, które nie zapłacze.

Jak sobie radzisz, stając w obliczu takiego nieszczęścia?
Wtedy w ogóle nie myślę o sobie. Myślę wyłącznie o matce. Wtedy przede wszystkim jestem człowiekiem. Empatycznym, współodczuwającym. Cierpię razem z kobietą. Wspieram ją w tym cierpieniu. I na pewno staram się być też psychologiem. Muszę nim być. Nie położną, a psychologiem. Staram się zrobić wszystko, żeby taki poród przebiegł jak najszybciej, niezależnie od wieku ciąży. Ale najdramatyczniejsze są pożegnania matek z donoszonym dzieckiem, które umarło w jej łonie. W pierwszym momencie, zamiast płaczu zdrowego noworodka, pokój narodzin opanowuje martwa cisza. Przerywa ją rozpacz matki. I wielokrotnie wtedy słyszę: „Synu, córko, co mi zrobiłeś, co mi zrobiłaś!?”. Nieraz nie możemy oderwać martwego dziecka z objęć łkającej matki. Za to swojej pracy nie lubię…

A za co ja kochasz?
Za moje pacjentki. Nie wiem czy wypada mi to powiedzieć… Ale ja za dziećmi nie przepadam (śmiech)… Za to całym sercem kocham swoje pacjentki, z którymi rodzę.  A darem dla mnie jest to zdrowe, wyczekane przez nie dziecko.

A jak wspominasz poród własnego dziecka?
Nie pytaj nawet. W dużym skrócie – poszłam na skróty. Paradoksalnie jak ten szewc, co bez butów chodzi (śmiech).

Czyli byłaś już wtedy położną?
Byłam, ale myślę, że nie dość doświadczoną. To były też inne czasy. Rodziłam prawie 20 lat temu. Poza tym na to, jak przyjście na świat mojego dziecka wyglądało, mocno wpłynęła moja osobista sytuacja. Dziś, gdybym mogła cofnąć czas, a jednocześnie miała tę wiedzę i świadomość, które teraz mam  – wszystko przebiegłoby inaczej.

A jak twoim zdaniem powinien wyglądać idealny poród?
Nie ma jednego wzoru na idealny poród. Bo co rodząca, to inna mentalność, charakter, sytuacja życiowa, a w związku z tym jej oczekiwania i nastawienie. No i co położna, to inne spojrzenie na poród. Ja mogę wypowiadać się wyłącznie za siebie. Mi zależy, żeby poród był jak najszybszy i jak najmniej bolesny. Dlatego preferuję znieczulenie zewnątrzoponowe, podczas gdy moje koleżanki po fachu – nie. Ja w miarę możliwości staram się skracać akcję porodową, przy użyciu tak zwanej medykalizacji porodowej, podłączając rodzącą pod kroplówkę z oksytocyną. Tymczasem mam koleżanki położne, które wolą cierpieć z rodzącą po dwadzieścia godzin. To nie mój styl. Ale zdaję sobie sprawę, że nie do każdej przyszłej matki moje metody mogą przemawiać.

Dla niektórych kobiet właśnie doświadczanie tego bólu czyni je matkami z krwi i kości. Ostatnio głośno było w sieci o ataku matek, które rodziły naturalnie na matki, których dzieci przyszły na świat przez cesarskie cięcie. Co o tym myślisz?
Nie mogę tego pojąć. Sama rodziłam przez cesarskie cięcie. Dla mnie, jako położnej, ból porodowy ma ważne znaczenie fizjologiczne, nie metafizyczne. I kiedy pacjentka zastanawia się nad wzięciem znieczulenia, ja zawsze ją pytam: „A jak cię mocno boli głowa, czy masz silne bóle menstruacyjne, to zażywasz tabletkę?”. Słyszę za każdym razem: „Tak”. Więcej pytań nie mam. Pozostawiam wolny wybór.

Mówi się, że kobiety XXI wieku nie są już w stanie rodzić identycznie, jak nasze prababki, w zupełnej zgodzie z naturą, bo rozwój cywilizacji nas zmienił?
Oczywiście, że tak. Nasze prababki były zdyscyplinowane i podchodziły do porodu zadaniowo. Prosty przykład: moja babcia, jadąc do porodu z moją mamą, nie pomyślałaby, aby robić to od razu po pierwszym skurczu. Dawniej kobiety jechały do porodu, czy wzywały akuszerkę, kiedy już nie mogły wytrzymać z bólu. Za godzinę, dwie dziecko było na świecie. W tej chwili mam wrażenie, że kobiety się paradoksalnie cofają. Widzę trend, który nakazuje traktować poród jak misterium. Efekt? Kobieta ledwo odczuje pierwszy skurcz i za chwilę wchodzi na izbę przyjęć. Bo ona „rodzi”. Podczas gdy poród w aktywną fazę wejdzie za jakieś 6-8 godzin. Jaki jest finał? Taka ciężarna trafia siłą rzeczy na salę przedporodową albo na patologię ciąży. I dopiero zaczynają się schody. Bo na przedporodowej nie ma kontaktu z bliską osobą, więc jest rozpacz. Na patologii natomiast jest zbulwersowana, że tam trafiła, bo przecież nic się złego nie dzieje ani z nią, ani z dzieckiem. Ale musi tam zostać do faktycznego rozwoju akcji.

Ale są szkoły rodzenia. Sama chodziłam na zajęcia. Przy pierwszym porodzie jechałam na porodówkę dwa razy. Byłam przekonana, że to już. Strach wziął górę. W finale wylądowałam na sali przedporodowej...
Tak. To wynika z lęku. I może nawet nie z lęku samej rodzącej, ile często jej męża czy partnera, dla którego dziś poród to już nie tabu i ma duży wpływ na jego przebieg. Przyjmuję porody także w ramach indywidualnej opieki. Zanim powiem „Czas: start!” pacjentce, z którą jestem w stałym kontakcie telefonicznym, z reguły trochę czasu upływa od pierwszego skurczu, który mi zasygnalizuje. I mimo że wszystko w teorii mam pod kontrolą, to i tak tylko jedna na dziesięć mnie posłucha. Pozostałe przyjadą do szpitala za wcześnie. Wbrew mnie. Bo mąż spanikował. Ale dotyczy to z reguły pierwiastek.

A czy przez te 23 lata swojej pracy zauważyłaś zmianę w mentalności kobiet rodzących?
Tak. Są bardziej świadome. Przez co bardziej roszczeniowe.

To dobrze, czy źle?
I dobrze i źle.

Dlaczego źle?
Często świadomość ciężarnych jest pozorna. Jest efektem bezkrytycznego przyjmowania do wiadomości opinii wygłaszanych w internecie. Wówczas najłatwiej wpaść w pułapkę myślenia: „To ja wiem lepiej, co jest dla mnie najlepsze”. Widać na porodówce, że coraz mniej ciężarnych jest gotowa nam zaufać. Na starcie stawiają wymagania, które nijak się mają to ich sytuacji porodowej. Ale one się „naczytały”… I z takimi osobami trudno nam się współpracuje. A poród to przede wszystkim współpraca.

A co dla ciebie oznacza rodzić po ludzku?
Powiem bez owijania w bawełnę: rodzić po ludzku oznacza dla mnie przede wszystkim rodzić nie we własnych fekaliach. Obecnie szpitale położnicze odchodzą od wykonywania lewatyw rodzącym. Jaki efekt jest podczas skurczów partych? Każdy może się domyślić. Dla mnie to upokarzające. I będę głośno o tym mówić. Poza tym lewatywa to nie tylko względy estetyczne, ale także zabieg, który skutkuje w naturalny sposób przyspieszeniem akcji porodowej. Lewatywa powoduje tak zwane ruchy robaczkowe jelit, które stymulują ciężarną macicę do szybszych skurczów. I rodzić po ludzku oznacza też dla mnie rodzić właśnie bez bólu.

Ewa, a ty wspierasz kobiety w czarnym proteście?
Uważam, że każda kobieta postawiona w dramatycznej sytuacji powinna mieć prawo wyboru. Znam wiele historii dziewczyn, którym ciąża nie powinna była się przytrafić. Ale życie pisze czasami bardzo dramatyczne scenariusze, na które kobieta nie ma żadnego wpływu. Ciąża to nie zawsze owoc szczęścia. Bywa źródłem bólu nie do opisania. I ja jako położna, a przede wszystkim kobieta żadnej innej kobiety nie mam prawa potępiać za aborcję.

 Ewa Klik i Izabela Lenkiewicz

Rozmawiała: Izabela Lenkiewicz

Zdjęcia: Błażej Pałucha